6 miesięcy minęło, czyli dlaczego cieszę się że wpadłam

Historia jakich wiele:

Była sobie Ona – ogromnie pragnąca rodziny.

Był sobie On – trochę niedojrzały do jej marzeń.

Była sielanka, potem problemy dorosłego życia, było rozstanie.

Zostali z niczym.

I nagle pojawiło się Ono. I mieli powód, żeby zawalczyć.

 

Dlaczego cieszę się że wpadłam?

Miałam fajny związek, w którym marzenie o rodzinie nie chciało się spełnić. Miałam też nieciekawą diagnozę lekarza i wiedziałam, że to marzenie ma niewielkie szanse powodzenia. O ciąży dowiedziałam się pod koniec I trymestru. Zdecydowanie za późno, żeby zacząć panikować i położyć się do łóżka. Mogłam odetchnąć. Mimo tego co mówili lekarze – udało się.

I choć dowiedziałam się tydzień po terminie naszego ślubu, który nie doszedł do skutku, a z Dawidem nie rozmawiałam już od miesiąca, to wiedziałam, że to co się wydarzyło, nie wydarzyło się przypadkiem. Jesteśmy historią na Harlequina, zdecydowanie. Ale cholernie szczęśliwą historią. Bo on mógł zwiać, jak tylko się dowiedział. Ona mogła nie przeboleć tych rzeczy, przez które wcześniej odeszła. Ale jak widać, czasem się udaje.

Równo 6 miesięcy temu, w wyniku 6-cio godzinnego cholernie bolesnego porodu w Domu Narodzin, wystawiając najpierw gotową do uścisku rękę, przyszedł na świat nasz towarzyski syn 🙂

niko

Świat bez niego nie mógłby być ani odrobinę lepszy ani ciekawszy. On dał nam powód do starań o siebie, ale też powód do pracy nad sobą. Nie było prostym zadaniem, sprostać potrzebom tak wymagającego dziecka. Ale już od 6 miesięcy dajemy radę. Od roku mieszkamy razem (znów), zaraz bierzemy ślub (prawie znów) i za chwilę stukną nam 3 lata (to akurat po raz pierwszy :))

Czy było warto wpaść, zadziwić wszystkich wokół i wywołać zawał u siebie i rodziny?

No było!

Chciałoby się napisać, że polecam, ale może się powstrzymam 😀

A na zakończenie ostatnia fotka z brzuchem 🙂

img_0612

 

Bez komentarzy

Skomentuj