Moja historia porodowa

Z okazji roczku Nikodema, postanowiłam wreszcie spisać moją historię porodową.
Trochę dla siebie, trochę dla innych rodzących, trochę dla otuchy 🙂

Zacznijmy od początku. Czego bałaś się w porodzie? Ja ani przez moment nie bałam się bólu czy samego procesu rodzenia. Bałam się najbardziej, że nie zauważę, że to już. Z perspektywy czasu trochę mnie to śmieszy, bo przynajmniej 3 razy byłam na KTG ze skurczami, ale kiedy faktycznie rodziłam, nie miałam najmniejszych wątpliwości. Od początku ciąży wiedziałam, że nie czuję się komfortowo ze szpitalem, lekarzami, procedurami medycznymi. Że najlepiej mi w domowych warunkach, spokojnie, po swojemu. Po zapoznaniu się z wieloma publikacjami na temat wszystkich za i przeciw odnośnie oksytocyny i znieczulenia, wiedziałam, że to też nie dla mnie. Dlatego wybór padł na Dom Narodzin.

Dom Narodzin, to taki oddział w szpitalu, akurat w moim przypadku w Szpitalu Św. Zofii na Żelaznej, gdzie rodzi się jak w domu. Pokój wygląda jak hotelowy, nie ma żadnego lekarza, żadnej aparatury (poza stetoskopem położnej), żadnych wenflonów itp. Możesz puścić dowolną muzykę, zapalić świece, tańczyć, chodzić, robić przysiady czy cokolwiek przyjdzie Ci do głowy. Możesz też rodzić w wannie. Położna wchodzi tylko Cię zbadać, lub kiedy poprosisz. Jesteś sama ze sobą, partnerem, doulą, mamą czy kimkolwiek sobie zamarzysz.

Moja historia rozpoczęła się tak naprawdę w Lany Poniedziałek w zeszłe święta. Przyjechali rodzice Dawida, poznać moich. Wszyscy się śmiali, że z tego stresu to pewnie urodzę 🙂  Obiad zjedliśmy w miarę spokojnie, choć czułam się średnio. Prócz typowych rodzinnych pytań “kiedy ślub?” to właściwie poszło jak z płatka. Wróciliśmy do domu i szybko się położyłam. Miałam nieregularne skurcze, czułam się słabo. W nocy kilka razy się budziłam, ale skurcze były co 10-15 min, więc bez paniki spałam dalej. Rano krwawienie, pierwszy raz w ciąży, więc zyskałam pewność, że to będzie już. Na naszych 30-stu kilku metrach było spore zamieszanie, w związku z pobytem rodziców, więc żeby trochę zebrać myśli i opracować plan działania, zgłosiłam się na ochotnika, by iść po pieczywo. Liczyłam już skurcze, ale jeszcze nic nikomu nie powiedziałam. W drodze powrotnej skurcze co 3 min. Niezły skok z 10 min na 3, w trakcie dosłownie kilka metrów do sklepu 😉  Po powrocie powiedziałam, że się pakujemy, wzięłam kąpiel, zebrałam najważniejsze rzeczy, dużo wcześniej spakowane torby (koło 30 tc. było ryzyko przedwczesnego porodu) i ruszyliśmy. Z samochodu jeszcze dzwoniłam do mamy “jest spoko, boli jak miesiączka, urodzę na luzie”. W szpitalu KTG, z uśmiechem, przecież rodzę już, skurcze co chwilę, będzie szybka akcja. Na KTG skurczy brak. Badanie. Rozwarcia brak. No cholera jasna! Przecież minęły już ze 2 godziny od tych moich skurczy co 3 min… Przychodzi położna z DN. Mówię, że już zaczyna nieźle boleć, że od wczoraj już skurcze jakieś są, a ona na to “źle Pani wchodzi w poród, niech sobie Pani życie ułatwi, pójdzie na zwyky oddział, przebijemy pęcherz płodowy, będzie szybciej, mniej boleśnie”. Ale że cooo? Ja na zwykły? I mają się spełnić wszystkie te rzeczy, których najbardziej się boję? Nie ma mowy. Mówię że 24 godziny wytrzymam (choć nie bardzo sama w to wierzę). OK, każą nam czekać 2 godz. na Izbie. Będzie rozwarcie, pójdziemy na porodówkę. Mam zjeść, Dawid kupuje jogurt z muesli. Ciężko jest zjeść, bo ciągle latam do toalety, wstaję, siadam, kucam – ból robi się nie do wytrzymania. Ostatnie pół godziny to już jestem cała spocona, ledwo żywa i jest mi totalnie wszystko jedno. Mogę już nawet jechać na cesarkę. Dlatego nie raz pisałam Wam, że sprawę trzeba przemyśleć wcześniej, bo w porodzie decyzji podejmować się nie da. A gdybym wtedy jednak się poddała i poszła na zwykły oddział, to po fakcie miałabym do siebie niezłe pretensje. Współczuję wszystkim ciężarnym, które oglądały mnie przez te 2 godziny. Na ich miejscu i ich partnerów, przeraziłabym się tym nie na żarty.

Przychodzi inna lekarka i chyba po prostu się nade mną lituje, widząc, że nie jestem już w stanie nawet usiąść na fotel, jestem tak otumaniona. Mówi magiczne 2 cm – możemy jechać na oddział (później okazuje się, że tych 2 cm nie miałam, ale na szczęście z porodówki położna już nie miała sumienia mnie cofać). W windzie mówię już tylko o wannie i napotykam srogie spojrzenie mojej położnej “wanna? to jedyny środek znieczulania bólu, ostateczność, nie na początek porodu”. Miałam ochotę uciekać, serio. Idziemy do Paryża (na Żelaznej są trzy sale – Londyn, Rzym i Paryż), serio? Gorzej trafić nie mogłam. W Paryżu byłam z moim pierwszym narzeczonym i ten walentynkowy wyjazd był tak paskudny i przepełniony złymi emocjami, że to miasto nigdy nie będzie budziło we mnie pozytywnych emocji… Trudno, jest wanna, tylko to się liczy. Przebrałam się i dostałam polecenie skakania na piłce. Niewygodnie, nieprzyjemnie, zaczęłam coś kombinować (za co dostałam bęcki później). Dobra, jest prawdziwe 2 cm, dostałam pozwolenie na wannę. W międzyczasie Dawid leciał po soki i lizaki, żeby dostarczyć mi jakiejś energii w trakcie. To było jego jedyne wyjście. Poród był tak intensywny, że nie mógł nawet sięgnąć po telefon. Dosłownie warował przy tej wannie. Miałam skurcze (krzyżowe), trwające ok. minuty, z przerwami 15-30 sek. Nie wiem jak było u Was, ale ja nie tak wyobrażałam sobie poród. W drodze do rozwarcia, większość osób wspomina, że mogła mówić, odpocząć, zdrzemnąć się, cokolwiek. A ja nie mogłam. Przez cały poród powiedziałam “woda” i jedno słowo na K. Tylko tyle. A wiecie, jestem tym typem, co planowo miał wgryzać się w dłonie, krzyczeć “już nigdy nie dam się zapłodnić” i dać Dawidowi w twarz. A przynajmniej on tak twierdził. Koło 7 cm położna stwierdziła, że za bardzo się spinam i mam sobie pokrzyczeć na skurczach. Od tego momentu, co 15-30 sek. cały oddział słyszał moje pierwotne wycie. Wycie, serio. Najśmieszniejszy jest fakt, że DN jest zaraz obok sal poporodowych. To się biedaczki nasłuchały (2 dni później ja słuchałam jedynej odważnej rodzącej tak jak ja w tym czasie i był to czysty kosmos). Choć może lepiej tak, niż gdyby słuchały tego dziewczyny przed porodem 😀

Po 5 godz. mamy 10 cm i natychmiast przenosimy się na łóżko. Młody nie wstawia się do kanału. A ja w sumie nawet nie mam siły się bać, robię co mi każą. Nie mogę nawet sama przejść 3 kroków z wanny do łóżka. Miałam nadzieję na poród do wody, kończy się przymusowym parciem w leżeniu na boku. Trudno. I tak lepiej, niż w obecności panikujących lekarzy, którzy przebąkują o cesarce. Przychodzi druga położna, będzie asystowała, moja położna w tej fazie porodu już nie odstępuje mnie na krok. Ból sięga zenitu, słyszę o moim towarzyskim synu, coś o tym, że ręka idzie pierwsza, nic nie rozumiem, wszystko mi jedno. Mam wrażenie, że to położna rodzi za mnie, wyciąga dziecko, bo on ewidentnie sam nie wychodził. Do dziś nie wiem, co tam się do końca działo i jak blisko byłam tego, żeby nie urodzić w ten sposób. Na koniec powiedziała mi tylko, że odrobinę większe dziecko nie miałoby szans. Kiedy pojawia się główka, możemy go pogłaskać – magiczna chwila, od tego momentu już raz ciach i jest na moim brzuchu. Przytula się, przysysa. Jest mniejszy niż się spodziewałam, ma podbite oko, którego nie otwiera, do najpiękniejszych nie należy. Ale to ten sam człowiek, który kopał mnie wieczorami, którego wykarmiłam własnym ciałem. Niezwykłe. Dawid przecina pępowinę i zaraz słyszymy radosną nowinę – nic nie trzeba szyć. Na coś się te treningi przydały!

Mój poród, od samego początku trwał 5 godz. 40 min. Podobno był przepiękny, czego odradzająca mi go położna się nie spodziewała (jej słowa). Dla mnie to był największy ból świata. Trochę trauma. Bo skąd miałam wiedzieć, że moje ciało aż tak kipi oksytocyną? Długie miesiące nie mogłam się otrząsnąć z tego wspomnienia. Czy rodziłabym tak znowu i narażała się na to wszystko co dostałam? Oczywiście. Nie wyobrażam sobie rodzić inaczej. Teraz już mogę o tym myśleć bez stresu. Owszem, dostałam taki ból, ale dzięki temu urodziłam w niecałe 6 godzin. Jak na pierworódkę to nieźle. Dzięki temu, 3 godz, później mogłam już przyjąć rodziców Dawida, żeby zobaczyli wnuka. Dzięki temu, 3 dni później właściwie nie czułam, że rodziłam. Wierzę, że sport mi w tym wszystkim bardzo pomógł. I jestem cholernie dumna, że dałam radę.

Nie wiem, czy taki poród jest dla każdego, chyba nie. Na pewno jestem za tym, żeby starać się o poród naturalny, jeśli nie ma przeciwwskazań. A co do reszty, to chyba trzeba spojrzeć w głąb siebie i stwierdzić z czym czujemy się komfortowo i bezpiecznie. Czy potrzebujemy do tego lekarzy? A może znieczulenia? A może domowych warunków?

Każdy poród jest godny orderu. Czy przez cc, czy siłami natury. Każda matka powinna być dumna i być okrzyknięta bohaterką. W końcu wydaje na świat nowego człowieka. Człowieka, który przez wiele jeszcze dni będzie od niej totalnie zależny. Człowieka, dla którego wiele poświęci. To godne każdego medalu świata.

Ja swój poród zawdzięczam mojemu JużMężowi (a wtedy NieMężowi). Gdyby nie on, chyba nie dałabym rady. To była chwila, w której chyba najbardziej mi zaimponował swoją siłą, opanowaniem i empatią. Ani przez moment nie przeszkadzał. Wytrzymał wycie, łzy, widok mnie zupełnie innej niż na codzień. Ogarniał temat zdecydowanie lepiej niż ja. Wiedział, ile będzie trwał skurcz, za ile się skończy, kiedy podać mi wodę, a kiedy lizaka. Był lepszy niż niejedna doula. Mimo, że nie lubi widoku krwi, ani przez moment nie okazał mi jakiegokolwiek obrzydzenia czy zdenerwowania. A poród to naprawdę fizjologiczna rzecz. Jeśli nie macie pewności co do partnera, to jestem zdania, że lepiej go nie zabierać. I hasła typu “przecież nie musi patrzeć” średnio się sprawdzają. Wiele rzeczy się widzi w porodzie. I dobrze, jeśli można to potem zachować między sobą. To są rzeczy tak intymne, że nie pisze się o nich ani na blogu, ani nie gada z kolegami i koleżankami przy kawce. To co zdarzyło się w nieszczęsnym Paryżu, zostaje w Paryżu.

Ale mam nadzieję, że choć ten urywek moich wspomnień Was zaciekawi i może pomoże w ułożeniu sobie w głowie tematu bólu. Bo ból musi być i nie można się go bać. Lepiej oswoić. A ja trzymam kciuki, żeby kolejny poród był już trochę lżejszy i równie szybki.

Nikodem przyszedł na świat 29.03.2016 o 15:40, w 39 tc + 3 dni, z 10 punktami, ważył 3.090 g i mierzył 51 cm.

Jeśli chcecie zobaczyć jego pierwsze zdjęcia, to są tu http://powercouple-plus.pl/co-to-byl-za-rok/

Jeszcze kilka informacji technicznych:

  • poród w DN jest bezpłatny
  • kwalifikacja do porodu odbywa się pod koniec ciąży, u mnie w 38 tc (trzeba się umówić odpowiednio wcześniej)
  • ciąża musi przebiegać prawidłowo, nie może być żadnych zaburzeń w badaniach
  • w DN standardowo muszą być miejsca – choć ja tłoku nie zauważyłam
  • można wynająć sobie położną, wtedy miejsce jest trochę bardziej “gwarantowane”, choć ja tego nie robiłam
  • po porodzie przenosimy się na zwyczajną salę poporodową
  • w każdym momencie porodu, jeśli wystąpią jakieś komplikacje, możliwy jest szybki transfer na salę operacyjną (bodaj 2 p. wyżej)

 

Nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia sali, więc główne jest pożyczone ze strony szpitala:
http://szpital.szpitalzelazna.pl/poloznictwo/przyszpitalny-dom-narodzin

6 komentarzy

  • anna ze stanów zjednoczonych 29 marca 2017 o 18:15

    Powiem szczerze! czekałam na tą notę 😀 zawsze byłam ciekawa porodów, wypytywałam rodzące już koleżanki co i jak – fascynowało mnie to. Historie były różne, przeważnie mrożące krew w żyłach jak ta, dlatego swojego porodu bałam się jeszcze przed zajściem w ciąże 😀 nie wyobrażałam sobie tego.
    Ale samo weszło samo wyjdzie, jak powiadała moja babka 😀 kluczowe moim zdaniem jest nastawienie psychiczne

    PS. sama byłam w szoku po porodzie, że w ogóle dałam radę, przecież to niemożliwe 😛 w dodatku takie to na mnie zrobiło wrażenie, że przez kolejny miesiąc nie myslałam o niczym innym i…wręcz chciałam przeżyć to jeszcze raz (…) wszyscy od tej pory mają mnie za nawiedzoną. Poród to nie miejsce dla wrażliwych mężów.

    Pozdrawiam
    Anna ze Stanow Zjednoczonych

    Odpowiedz
  • Pati 29 marca 2017 o 23:16

    Wow, tym samym przypomniałam sobie jak to było ze mną. Rodziłam dwa razy. Pierwszy poród- nastawienie podobne. Bałam się, że przeoczę, że nie zauważę, że to już, że urodzę w domu, albo co najgorsze w drodze do szpitala 🙂 Ale kiedy nadeszło to “już” – wiedziałam. Rodziłam na standardowej porodówce. Obok mąż i położna. Dwa razy zjawił się lekarz- kontrolnie i do przebicia pęcherza owodniowego. Jak na pierwszy poród, bez specjalnych przygotowań, poszło szybko i gładko. 6 godzin, brak cięcia, brak szwów, bobas 3320 i 54cm. Druga ciąża po 8 miesiącach od porodu. Planowana, żeby Młodemu zafundować prawie rówieśnika. Myślę sobie- pierwszy poród spoko, drugi pójdzie gładko. Nic z tych rzeczy. Bolało bardziej, trzeba było naciąć i później szyć, no ładnie się namęczyłam. Porodówka, mąż i położna obok, lekarz tylko do przebicia pęcherza (powtórka z rozrywki). Mała przyszła na świat po prawie 11 godzinach od w miarę regularnych skurczy. Masakra. Ale 3530 żywej wagi i 56 cm szczęścia 🙂 W skrócie- pierwszy ot tak, a drugi na odmianę- kumulacja bólów świata 🙂 Także skoro Ty namęczyłaś się przy pierwszym, to może przy drugim na odmianę będziesz miała łatwiej 😉 😉

    Odpowiedz
    • PowerCouple 30 marca 2017 o 07:13

      Gratuluje dwójki szkrabów i odwagi i siły, żeby wychowywać dzieci z tak małą różnicą wieku 🙂 u nas póki co się nie udaje, choć może to dobrze, bo nie wiem jak bym to ogarnęła i bardzo chcę jeszcze chwilkę popracować skoro już wróciłam 🙂

      Odpowiedz
  • aneks 30 marca 2017 o 09:09

    Dzięki za opis!
    Ja bardzo chciałam rodzić w DN. Bardzo. Niestety, odesłali mnie – nie było miejsc ani na porodówce, ani w DN – lekarz mi powiedział, że pierwszy raz odsyła rodzącą, która chce do DN. Miałam mega pecha. Ale i tak wspominam poród dobrze. Może kolejny uda się w DN 🙂

    Odpowiedz
    • PowerCouple 30 marca 2017 o 09:11

      a gdzie w końcu rodziłaś? Faktycznie miałaś pecha, przez cały mój pobyt (4 dni) były tylko 2 porody… 🙂

      Odpowiedz
  • Bablofil 16 kwietnia 2017 o 00:40

    Thanks, great article.

    Odpowiedz

Skomentuj